Życzę miłej lektury - pamiętaj, że to co czytasz stanowi moją prywatną własność i nie możesz kopiować, drukować bez mojej zgody!
Rybki i lód

     
Zima tego roku nie była zbyt sroga, co dla wędkarza nizinnego oznacza jedno: ponure oczekiwanie albo na wiosnę, albo na atak mrozu. Spojrzenie na kalendarz - koniec stycznia - - więc raczej pozostaje te pierwsze, wiosna.
Jednak stało się inaczej, w połowie stycznia zaatakowały nas kilkunastostopniowe mrozy, co już po dwóch tygodniach zaowocowało piętnastocentymetrową skorupą na jeziorach, a co najważniejsze był to "nowy" lód, nie zaś jakaś zmarzlina grudniowych pozostałości. Do takiego lodu można mieć zaufanie...
Zacząłem przeglądać swój podlodowy sprzęt, snuć plany gdzie, na co? Wędki trochę przykurzone, żyłki przydałoby się zmienić, ale czy warto, może na jeden raz? Ważne, że haczyki są ostre, a w lodówce wiercą się ochotki i czerwoniutkie robaczki.
      No i jedziemy, stary skład Bartek- mój młodszy brat, żona i ja. Miejsce też stare, oczywiście Śniardwy - lubimy tutaj łowić. Rzadko się zdarza większa sztuka, ale za to prawie zawsze coś bierze, a te coś to prawie na pewno będzie płotka.
Nieraz zastanawiałem się skąd w tych Śniardwach tyle płotek, przecież łowią tu wędkarze z całej Polski, na dodatek łowią przez cały rok i to duże ilości. Ba, śmieją się jak ktoś schodzi z wody z mniej niż połową wiaderka. Wędkarze łowią więc te swoje tony ryb, rybacy swoje też, a płotki jak brały tak biorą dalej.
No i dobrze, po długim odpoczynku od wody wolę ciągłe brania, nawet drobnicy, niż cierpliwe oczekiwanie na jedno, dwa brania półkilogramowego "okazu".
      Po wyjściu z samochodu przenikliwe zimno - mimo, że mróz nie przekracza trzech stopni. Jest mglisto, a wilgotne powietrze wzmaga działanie temperatury. Widoczność nie przekracza trzystu, czterystu metrów, ledwo widać zarysy najbliższej wyspy.
Na wschodzie, przez mgłę i chmury, przebija czerwień wschodzącego słońca. Lekki wiaterek kołysze trzcinami, roznosząc zapach, który można poznać tylko w pobliżu wielkich jezior i lasów. Trudno go opisać słowami - pachnie trochę wilgocią, trochę drzewem, może trzcinami?
     Już na lodzie, świdry w ruch, parę dziurek- nie za daleko od siebie, tak, żeby swobodnie ze sobą rozmawiać. W końcu na lód nie jeździ się w nadziei na samotność. Wybrane miejsce znajduje się dosyć blisko brzegu, z pięć metrów od krawędzi trzcin. Nie jest tu zbyt głęboko- w otworze najodleglejszym od trzcin długość zestawu nie przekracza 2 metrów. To zapewnia, że czas od wyciągnięcia rybki do ponownego znalezienia się haczyka na dnie jest bardzo krótki, ale... Ale wydłuża się pięciokrotnie, gdy wyciągniętą rybką jest okoń, który potrafi przez sekundę, dwie brania- umieścić haczyk aż w swoich skrzelach. Idiota, często, mimo, że ma raptem dwanaście centymetrów ląduje w wiadrze - wyznaję zasadę, że nie ma sensu wypuszczać nawet małego okonka ze skrzelami, jelitami na zewnątrz pyska. No chyba żeby miał wymiar ochronny ze trzy razy większy od siebie - wtedy jest inaczej.
      Zamiast myśleć, trzeba brać się do roboty, tym bardziej, że chwilowe rozgrzanie wierceniem otworów szybko mija. Zaczynam od mormyszki, takiej zwykłej, "ruskiej", z małym robaczkiem. Efekt natychmiastowy, nawet nie opuściłem jej na same dno, a już kiwak do dołu. Szybkie zacięcie i pierwszy w tym sezonie drgający ciężar pod lodem. Pod lodem krótko, nie był to duży "ciężar", taka tam piętnastodekowa płotka. I tak jeszcze trzy razy; koniec brań. Idę więc do następnego otworu, należącego niby do Sylwii (mojej Żony), stąd te marudzenie:
-      Ja tu łapię, spadaj, mało ci wody!
Ale ja wiem co robię, zawsze z czyjejś dziury wyciągam największe rybki. Przeczucie mnie nie myliło, po chwili na lodzie miałem sporego okonia, jak się później okazało jedynego dużego w tym dniu. Sylwia od razu mnie przepędziła, to nic jeszcze ją odwiedzę. Bartek był sprytniejszy,szybciej się rozwinął i, aby się mnie pozbyć, od razu zatopił swój zestaw,nie będę taki - idę do następnej dziurki. Ta okazała się jeszcze szczodrzejsza od tej pierwszej, szybko wokół mnie zaroiło się od białych płotek,z których jedna ma chyba nawet ze trzydzieści deko, takie to już lubię. Koniec mormyszkowania, do ręki spławikówka i pytanie:
-       Żaba jak tam? (Żaba to pseudo Sylwii)
-       Skubią ciągle, ale ciężko zaciąć - drobnica!
-       A ty Bartek?
-      E tam,mam trochę, ale same małe, chyba spróbuję na mormyszkę. Myślę sobie, że spróbować może, to nic, że zezwolenie ma tylko na spławikówkę. Wędkarze w jego wieku i tak łapią na ogół "na gapę", a on jest członkiem PZW już drugi rok.
W mojej dziurze spokój, nawet nic nie skubie, o jest! Co oni gadają ta moja rybka rekinem nie jest, ale nieźle walczy... Ale numer - to nie płotka, to duży "polsilver"- krąp dla niewtajemniczonych. Jednak i u mnie się zaczęło, coś mi skubie, ciąga tym haczykiem, a zaciąć tego-ni cholery! A nawet jak się uda, to jest "prawdziwy okaz". Klękam na lodzie, nie, nie modlę się, zaglądam, co się dzieje na dnie. Źle, że zajrzałem, to, co zobaczyłem pogorszyło mój nastrój - ryb tam sporo, to i owszem, ale jakie -w akwarium mam większe. Zmieniam dziurę, wiecie, żeby kot się jednej... Znów macham kiwokiem, to mi zapewnia, że jak coś zatnę to będzie to przynajmniej coś większego od palca; co ja gadam! Właśnie złapałem okonia - 10-centymetrowy potwór, dobrze, że się płytko zaciął, może go jeszcze kiedyś złowię?
      I tak, ryba po rybie,zleciało nam pięć godzin, o czym przypomina chłód wkradający się do butów. Słońce, teraz, gdy już zbliża się koniec połowu, przebłyskuje od czasu do czasu przez chmury, dając złudne uczucie, że robi się cieplej. Chyba to właśnie słońce sprawiło, że mgła zupełnie znikła, ukazując nam w pełni ogrom Śniardw, a przy okazji, ilość przykucniętych postaci. Nie tylko my zapragnęliśmy skorzystać z chwilowego, mroźnego kaprysu zimy. Pytam:
-       Czas się zbierać?
Bartek marudzi, że jeszcze trochę a Żaba,jak zawsze:
-      Tak, tak jedziemy do domu. Nie było aż tak źle- ledwie kilka większych rybek, a tak to prawie wszystkie równe -14 -16 cm. Za to jest ich sporo, każdy z nas ma wspomniane wcześniej "pół wiadra", a ja nawet więcej, z czego kilka sztuk całkiem,całkiem ...
      Po całym jeziorze, jak okiem sięgnąć, zaroiło się od "mrówek"(z daleka tak to wygląda), im też tak jak nam znudziło się, lub "zmarzło" łowienie. Też ich kusi gorący obiad, może zapach smażonej rybki? Czy warto było? Chyba tak, przynajmniej ciągle coś brało, nie było czasu na odczuwanie zimna, a koszt naszej wyprawy na pewno był mniejszy niż niedzielny wypad do jakiejś tam obskurnej restauracyjki.
      Do zobaczenia na Śniardwowych płyciznach - za tydzień?


26 stycznia 2000


Strona główna