Życzę miłej lektury - pamiętaj, że to co czytasz stanowi moją prywatną własność i nie możesz kopiować, drukować itp. bez mojej zgody!

Oczy ryby


     
Popołudnie, jedne z niewielu wolnych letnim czasem, kiedy zawsze coś,ktoś,gdzieś ma do zrobienia.
Woda pomarszczona chłodnym podmuchem; który mnie prześladuje-ja na ryby, on też tu jest. Dobrze,że nie jest zimno,ciepłe ciuchy mam -ale w szafie, a taki wietrzyk jak zawieje z północy - wyssie wszystkie ciepło.
Szczytówka "pickerka" macha się i macha od wiatru, ale żeby zadrgała szybko i energicznie - krótkimi ruchami, jak ma to w zwyczaju robić każda większa płotka i nawet mały leszczyk, o co to to nie. Tylko się macha i macha; gdyby nie komary pewno bym zasnął.
      Ale to nic,że nie bierze - wolę to,niż miałyby podejść kiełbie. One też biorą jak duże rybki; jest branie(!), nadzieja(?), zacięcie i następna rybka akwariowa,albo, jak kto woli żywiec. A tak jest spokój,czas porozglądać się dookoła,wymyślić plan na następny wyjazd.
Z tego rozglądania, można się wiele dowiedzieć, szczególnie wartościowe nauki wyciągam z obserwacji gleby, nie żebym był geologiem. sNa rybach jestem tylko wędkarzem, a wędkarz to wścibskie stworzenie,zawsze zerka, na co łowi sąsiad. Fakt -ja sąsiadów nie mam,ale poprzedników na tym łowisku raczej nie brakowało. Widzę, więc, na co łowili, czym nęcili,niestety widzę nawet, jakie preferowali papierosy, piwo... Niestety,widzę...
      W pobliżu dostrzegam więc cały arsenał wędkarskiej broni,od robaków, po kulki proteinowe( w rzece-co on chciał na nie złapać?); zanęt też nie mało- od pszenicy po markowe produkty niemieckich "mistrzów" przy tym wszystkim mój zestaw przynęt i zanęt wypada bardzo skromnie, białe,czerwone robaki, jakaś mieszanka otrębów,mąki i atraktora do koszyczka, aż mi wstyd jak patrzę na kolorowe opakowania spoczywające wokół.
Co tam mój wstyd,ocenę moich przynęt wystawi surowy nauczyciel - ryba, on to mi powie trzepocząc się w siatce:
      - Rzeczywiście, panie Tomku- ten czerwony robaczek to super przynęta, a zanęta(?), aż mi brak słów...
      Gorzej,jak zamiast tego usłyszę drwiący trzepot ogona:
      - Co szkoda było pieniędzy na lepsze żarcie dla rybków,to teraz do domu z pustą siatą?!
      Ale cicho, mój pickerek się przygiął i przestał się machać. Może to jakiś patyk płynął i zaczepił moją żyłkę? Nie,to na pewno nie patyk - właśnie lekko drgnął! Teraz nie myślę, skupienie, ręce tuż przy wędce, oczy nawet nie mrugają z takim wyczekiwaniem wpatrują się w szczytówkę. Lekkie drganie,ale zacięcie bardzo mocne- jak zawsze przy pierwszym braniu od kilku godzin. No i jest ten wyczekany ciężar po drugiej stronie żyłki!
      Z początku mocne pociągnięcie i przytrzymanie, ale już za chwilę zaczyna się to, co tygrysy lubią najbardziej. Szarpanie, raz w lewo raz w prawo,a kołowrotek tylko trzeszczy od popuszczania żyłki. To nic "żyłka jest mocna,wędkarz sprawny". Ryba dość daleko- ma czas się zmęczyć zanim znajdzie się przy brzegu. Szybka, chyba podświadoma ocena sytuacji: brzeg niewysoki, na dwa metry od brzegu płytko, widać dno i te paskudne niewyraźne kształty; nie wiem czy to korzenie czy tylko zielsko. Cała nadzieja w tym, że rybie nie zechce się szorować pyskiem po dnie.
Ale na razie rybie nie spieszno do brzegu, dalej pływa - lewa - prawa, czyżby to było coś, na co od dawna czekałem? Cicho nie zapeszaj sprawy głupim wyobrażaniem wielkości ryby. Ja(?)- nawet o tym nie myślałem! Dobra nie czas na głupie sprzeczki z samym sobą, w wodzie pływa ważniejsza sprawa.
      Rybka chyba zaczyna się męczyć, przybywa mi żyłki na kołowrotku. Źle, jest duża i wolałbym ją jeszcze trochę zmęczyć na długiej żyłce, z dala od brzegu. Już chyba wiem, co to się ze mną siłuje; to leszcz z początku pokazuje pełnię swych możliwości, by zaraz potem "ochlapnąć". Jednak musi być duży, nawet teraz, po kilku minutach, gdy już szarpie dużo lżej i krótszymi ruchami, czuję jego ciężar.
Spokojnie, nie dam mu się wykołować- popuszczam hamulec, krótka żyłka i elastyczność to dwie odmienne sprawy.
      Powoli, powoli i leszczysko pływa już tuż pod powierzchnią z dziesięć metrów od brzegu, widzę jego złoty, ogromny grzbiet. Nie popędzam go, zwijam żyłkę wolniutko, asekurując się trzymaniem wędki wysoko w górze; jak zachce mu się dać nura zdążę opuścić wędkę zanim zadziała hamulec.
Jest już blisko, chyba poczuł brzeg, robi szybkie zwroty, lewo - prawo, ale najważniejsze jest dla mnie to, że nie nurkuje do dna- jak to leszcz. Teraz już tylko czekam, prawie nie zwijam, tyle, co nie dopuszczam do luzu na żyłce, czekam na sygnał od leszcza, kiedy mi powie:
-    Już mam dość,poddaję się. No i doczekałem się, leszcz wyłożył się na bok, piękny jest- prawie okrągły, złoty, ogromny. Mam go na dwa metry od brzegu, przysuwam sobie podbierak... a to skurczybyk! Dobrze, że miałem wędkę w górze, inaczej żyłka chyba by trzasła. Skąd on wziął tyle siły, wyciągnął mi chyba z dziesięć metrów żyłki, znów się szarpie. Właściwie to nawet lepiej,że "dał zrywa" teraz, a nie w czasie gdybym go podbierał. Znów to samo, powolne zwijanie, leszcz na boku.
     No bratku czas na ciebie, popuszczam hamulec, wchodzę po kolana do wody, to nic, że bez gumowców. Podciągam leszcza,w zasięg podbieraka (?), no tak podbierak daleko na brzegu! Wchodzę głębiej do wody, wędkę z krótką żyłką unoszę powolutku do góry, leszcz jeszcze wolniej zbliża się do mnie. Koniec...
      Popołudniowe słońce tworzy złote refleksy na ogromnych łuskach mojej zdobyczy, wiatr jakby ucichł, zrobiło się jakoś ponuro, leszcz pewnie też się nie cieszy. Nie wiem czemu, ale atmosfera zrobiła się jak na pogrzebie, wcale nie czuję radości ze swojego połowu.
      Patrzę mu w oczy,smutne...Mówią mi:
-    Dobra wygrałeś,jesteś zwycięzcą.
Ciekawe ile ma lat,przy wadze 2,8 kg na pewno nie mało.
Znów te jego oczy. Smutne,zdziwione:
-     Przecież chciałem tylko coś przekąsić,za to muszę ginąć?
Wstrętna ryba,z dorosłego człowieka robi mazgaja. Precz bydlaku... i żebym cię więcej nie złapał!
Na pożegnanie machnął mi ogonem; następnym razem wezmę ze sobą świadka - aparat.
     Znów pojawił się wiaterek, jeszcze tylko drżące ręce zdradzają, że coś się tutaj stało. Zmieniam zestaw, trzy numery mniejszy haczyk, na przypon zimowa 0,12mm, lżejszy koszyczek. Prawdę mówiąc to już nie mam ochoty na złowienie czegokolwiek, ale do domu też mi się nie chce jeszcze wracać.
Efekty "zelżenia sprzętu" są, w siatce po godzinie trzepocze się kilka płotek i krąpi, wcale nie takie małe, akurat po trzy na patelnię.
      Najważniejsze, że mają takie małe oczy...

26 stycznia 2000
Strona główna