Życzę miłej lektury - pamiętaj, że to co czytasz stanowi moją prywatną własność i nie możesz kopiować, drukować bez mojej zgody!
Więcej takich dni!

      Mała ta nasza łódka, a taka ciężka. Dobrze, że dojazd prawie nad samą wodę. Sylwia jak zwykle marudzi, że nie da rady, a łódka jakoś zawsze pływa na wodzie i wraca na przyczepkę. Jeszcze rozłożyć klamoty na pokładzie i wiosła w ruch.
-       Skąd zaczynamy ?
-       Popłyniemy w prawo od ujścia kanału, aż znajdziemy jakąś zaciszną zatoczkę, może to być całkiem daleko - odpowiadam swojej Żoneczce, która ma niewyraźną minę. Mimo, że łowi ze mną już kilka lat i dość często z łódki - boi się wody, a dzisiaj wiatr dmucha, oj dmucha mocno. Ja jestem spokojniejszy, ufam swojej krypce, ale wodę szanuję, wiem ilu co się z niej śmiało już z niej nie wróciło. Wiem, jak ze spokojnej tafli w ciągu pięciu minut potrafi się zrobić niezły kocioł. Z tego to powodu, jakkolwiek wypuszczamy się dzisiaj dość daleko, to płyniemy cały czas wzdłuż brzegu, nie dalej jak dziesięć metrów od krawędzi trzcin. Jak na razie fala nie aż taka duża jak się spodziewaliśmy, ale jest dopiero szósta rano, wszystko przed nami...
      Znaleźliśmy niezłą trzcinową zatoczkę. Zagłębiona pięć metrów w szuwary, z nielicznymi tylko rdestnicami przebijającymi lustro wody, ze spokojną osłoniętą od fal taflą wody. Wygląda ciekawie. Kotwice na dno, sprzęt do rąk, zanęta do wody i nadzieja w oczach. Wzrokowo nasze wgłębienie w trzcinach zapowiadało się obiecująco, ale po pół godziny moczenia robaków, na przemian białych i czerwonych, mamy ledwie ze trzy płoteczki - płyniemy dalej.
Odpłynęliśmy ze dwieście metrów i znów "trzcinowa zatoczka", ta okazała się dużo głębsza, nawet przy samej krawędzi trzcin jest półtory metra wody. Stajemy tak jak zawsze na płotkę- około pięć metrów od trzcin i rzucamy najczęściej w stronę brzegu- pod trzciny. Początkowo brania były sporadyczne, ale gdzieś po piętnastu minutach to się zaczęło!
Nie wiem czy to spowodowała zanęta, czy też zwiększenie się wiatru, ale każdy rzut kończył się braniem i zacięciem. Jak w bajce o "dobrym wędkarzu". Zawsze marzyłem o takich braniach. Na dodatek ryby, które brały nie były małe, rzadko się zdarzała mniejsza jak dwadzieścia centymetrów. W większości były to płotki, ale trafił mi się i jeden półkilowy leszczyk, kilka krasnopiórek. Sylwii brały tak jak i mi - rzut pod trzciny, chwila czekania i spławik skosem pod wodę, tyle, że jej trafiały się spore krasnopiórki, największa miała ze czterdzieści deko. Piękna, jaskrawoczerwone płetwy i zardzewiałe boki. Brania były nietypowo sygnalizowane, rzadko spławik się zatapiał, najczęściej po prostu sobie płynął w bok, tak jakbyśmy łowili na ścieżce spacerowej i rybki w przelocie sięgały po przekąskę - morderczą dla nich. Tak, więc nasz podbierak dość często się kąpał, a siatki systematycznie zapełniały. Gdybyśmy mieli mocniejsze zestawy - mniej byśmy tracili czasu na hol, a tak - przy naszych cieniutkich przyponach - rybkom musieliśmy dać sie wypływać i korzystać z podbieraka.
      W wędkarskim transie zapomnieliśmy o całym świecie - tym za naszymi plecami także, a tam się sporo zmieniło przez te dwie godzinki - zauważyłem, że na grzbietach co niektórych fal pojawiały się białe grzebienie - czyżby miało zamiar solidniej podmuchać i pofalować? Właściwie to i łódką zaczęło więcej bujać- żołądek często jeździł z góry i pod górę. Ale chyba nie będzie aż tak źle, w końcu nie jesteśmy na otwartej tafli jeziora i te nasze fale to tylko sygnał tego, co dzieje się na środku głównej tafli Śniardw- bo na nich właśnie, w jednej z zatok łowimy.
Fala stopniowo się nasila, ale ryby jakby tego nie widziały, nadal biorą i to chyba nawet większe. Sylwia, widzę to po niej, zaczyna się bać, siedzi niespokojnie, co i raz zerkając na środek zatoki, gdzie robi się coraz bielej. Dziób łódki jeździ góra- dół, wygląda na to, że trzeba będzie się gdzieś schować. Sylwia popędza:
-       Zwijajmy wędki i uciekamy, bo zaraz zerwie się wichura - nie musiała tego mówić. Nie zdążyliśmy nawet zacząć się zwijać- zerwało nas z kotwic. Nie było czasu na składanie wędek. Wystarczył jeden gwałtowny podmuch abyśmy znaleźli się w trzcinach. Trzeba działać szybko, albo jeszcze szybciej. Sylwia boi się, ale ruchy ma bystre, momentalnie siatki i wędki znalazły się w łódce, ja przez ten czas balansowałem sznurem od kotwicy, popuszczając i podciągając, zgodnie z rytmem narzuconym przez fale, inaczej woda by się przelała przez dziób lub rufę, a o tym, co by się stało gdyby łódce pozwolić stanąć bokiem do fali- nie chcę nawet myśleć. Dziś aż mi samemu nie chce się wierzyć jak dosłownie przez dwie,trzy minuty spokojna równomierna fala, zmieniła się w "małą tsunami" co to jednym pociągnięciem solidną łódkę potrafiła przesunąć na swym grzbiecie kilka metrów.
Szczęście w nieszczęściu, wiatr goni nas w stronę wlotu kanału - miejsca skąd wypłynęliśmy, tam na pewno jest spokojna woda. Ale jeszcze tam dopłynąć! Szybka zmiana miejsc i do wioseł. Sylwia boi się nie na żarty, w oczach przerażenie, trzyma się kurczowo obu burt. Próbuję ją pocieszać, chociaż sam też duszę mam na ramieniu. Nie mam jednak czasu myśleć o strachu, muszę uważać by łódź była prostopadle tyłem do fali, wtedy jest pchana. Z moją płaskodenką na takim wietrze nie jest to zbyt proste. Czuję to w każdym mięśniu rąk, wiosła aż się gną - mam nadzieję, że plastikowe dulki- jedyny element łódki, do którego nie mam zaufania- wytrzymają tak intensywną pracę. Fala jest tak wysoka, że łódź opadając z grzbietu fali, ma rufę dużo niżej od następnej fali- mam więc przy czym wykazać się umiejętnością, a w tych warunkach to raczej siłą wiosłowania.
Mkniemy jak błyskawica, a im bliżej kanału tym mniejsza fala - będzie dobrze.
-       Nie bój się, już niedaleko- pocieszam Sylwię.
-       Dobra, dobra,zobacz, że woda prawie nam się wlewa, wiosłuj, wiosłuj!
Wiosłując, siedzę tyłem, doskonale więc widzę co dzieje się na środku zatoki; widok tych chyba półtorametrowych grzywaczy sprawia, że zapominam o zmęczeniu...
      Żońcia już spokojna- wpłynęliśmy do kanału, ale tu cisza, spokój, a sto metrów w jezioro bałwany większe od łódki. Odetchnąłem z ulgą, fakt, że nie płynęliśmy po głębinach, fakt, że do brzegu było nie daleko- ale nikt mi nie powie, że chętnie wykąpałby się w ubraniu, topiąc sprzęt i ratując przy okazji babę (żonę), co to ledwo, ledwo pływa, a i to, jak sama mówi, gdy "ma grunt".
W kanale spokój, stanęliśmy na środku, rzucamy w głęboki rów pod brzegiem. Czy biorą? Biorą, ale rzadko i do tego małe, takie tam płoteczki- gonem sięgające w okolice zegarka. Ale za to jest bezpiecznie, Sylwia zrzędzi:
-       a nie mówiłam,żeby się wcześniej zwijać!
-       mówiłaś, mówiłaś, ale spójrz do siaty - chyba warta była chwili strachu, co?
Tylko się uśmiecha,bo rzeczywiście tak pełną siatkę ma pierwszy raz w życiu, zresztą - ja pewnie też.
      Znudzony nędznymi braniami postanawiam spróbować na żywcówkę skusić szczupaka, a nóż widelec schował się tu jakiś przed falą? Na hak spora płotka, która już po chwili pływa na końcu podwodnego rowu w którym łowimy, jest tam może trochę płyciej, ale za to bliżej krzaka wystającego z trzcin. Podejrzewam, że jeśli jakiś zębacz jest w okolicy to na pewno jest tu, czatuje w korzeniach.
-       wiesz Sylwia, jakbym złowił jeszcze dużego szczupaka to byłaby chyba pełnia szczęścia - głośno myślę.
-       Może i złowisz,kto wie?
Przez prawie dwie godziny wiatr wywiał ze mnie całą nadzieję, słońce wyglądające zza przeganianych wiatrem chmur wypaliło resztki optymizmu. Łowimy płoteczki, krąpiki, a spławik od żywcówki pływa i pływa, no po za momentami, gdy fruwa -to tylko ja zmieniam żywce na świeższego, żywszego. Płotki, drobne, ale biorą regularnie, czasem trafia się okonek, częściej "polsilver"- czyli pan krąp w całej swojej "nieokazałości". Znów spojrzenie na spławik od żywcówki:
-       Gdzie jest spławik?! - Krzyknąłem pytanie retoryczne, zauważając po chwili, że moja szczupakówka jest porządnie wygięta; dobrze, że ją solidnie zablokowałem, zapierając ostatnią przelotkę o krawędź burty. Złapałem za nią i wykonałem spóźnione, ale za to mocne zacięcie. Stało się to, na co po cichu liczyłem, po drugiej stronie czuję opór, jakiego już dawno nie miałem na wędce. Sylwia pośpiesznie poodsuwała wędki i klamoty na drugą burtę; szczupak szaleje, aż się kładą trzciny takie robi zwroty. Hamulec oddaje mu metry żyłki, a te bydle wykorzystuje to niebezpiecznie zbliżając się do trzcin, jeszcze tego mi brakowało żeby się urwał! No i stało- wpłynął w trzciny, ba, nawet się w nie zaplątał. Moja żyłka tworzy teraz zamiast linii prostej, krzywą łamaną.
-       ściągaj kotwice, Sylwia, szybko, bo pójdzie!
      Zauważyłem, że w sytuacjach "ekstremalnych" moja Żońcia jest dwa razy szybsza niż normalnie. Moment i za pomocą podciągania się po żyłce znaleźliśmy się przy szczupaku, teraz zobaczyłem, że siedzi cały w trzcinach z żyłką pookręcaną dookoła nich. Biorę żyłkę między palce w odległości dwa metry od ryby, w końcu pod lodem głównie tak się wyciąga rybki... Spokojnie i powoli podciągam rybę, w zasięg podbieraka, który Sylwia już moczy w wodzie. Duży ten szczupak! Chyba to dlatego tak majestatycznie daje się wyciągnąć z trzcin. Teraz bardzo delikatnie podprowadzam go w zasięg podbieraka, o jeszcze nie ma chęci zakończyć walkę - odpłynął, wyciągając mi przez palce ze trzy metry żyłki. Nie na długo.
Wprowadzam go do podbieraka- musi być bardzo zmęczony, nie widać po nim chęci dalszego walczenia o swoje życie. Pewnie to moja wina, w porę nie zauważyłem brania, a on, łykając głęboko hak, poharatał sobie gardło i wnętrzności- musiał stracić mnóstwo krwi... Hol trwał więc dość krótko i nie był tak emocjonujący jak mozna by się spodziewać, przy tej wielkości ryby. Już jest nasz, jeszcze tylko zabicie go- nóż w mózg, (wbrew pozorom najbardziej humanitarne skrócenie cierpienia ryby, przeznaczonej do zabrania) i już trafia do schowka. Decyzja - płyniemy na brzeg. Starczy na dzisiaj i tak ciekawe czy nie przekroczyłem limitu? Nie chcemy kusić losu. Zresztą połów nie jest już wcale przyjemny- wzmógł się wiatr, fala zaczyna wdzierać się do kanału.
      Na brzegu ważymy nasz połów. Sylwia ma prawie cztery kilogramy, ja, niestety, przekroczyłem limit. Pięciokilogramowa skala wagi okazuje się niewystarczająca i to sporo - wskazówka tylko stuka o ogranicznik. Cóż zrobić, w wędkarskim amoku zapomniałem o zdrowym rozsądku, teraz jedyne, co mogę zrobić to wypuszczam jeszcze najżwawszą drobnicę; ale co to daje - te rybki nie ważą na pewno więcej niż pół kilograma... Mam wyrzuty sumienia, zawsze staram się łowić przepisowo...
      Ostatnia zdobycz -mój piękny szczupak,waży bez 1 deka dwa kilogramy. Nie wstydzę się przyznać- ale jak na razie jest to mój największy szczupak i ryba wogóle. Rzeczywiście ryb mamy tyle, że już się zastanawiamy, u kogo je "zamrozimy"? Są tego prawie dwie reklamówki, a najważniejsze, że większość część zawartości to ryby słusznej wagi - dwadzieścia - do trzydziestu deka. Czyli nie mamy przerostu "treści nad formą". Kosztowało nas to sporo strachu, a wysiłek ucieczki przed falami moje ręce będą odczuwać pewnie dobrych kilka dni.
-       Marzą mi się częściej takie dni, może z mniejszym wiatrem, może z odrobiną opamiętania z mojej strony, bym znów nie musiał wstydzić się swojej zachłanności...
Dla Żabki-na Walentynki


Strona główna