Życzę miłej lektury - pamiętaj, że to co czytasz stanowi moją prywatną własność i nie możesz kopiować, drukować bez mojej zgody!
J e s i e n n y w y p a d
     
Zimny ranek, nawet jak na środek jesieni. Kawał drogi od samochodu do naszego miejsca, a rosa z zarośli jest chyba jeszcze zimniejsza od powietrza.
Zawsze sobie powtarzam:
-   następnym razem biorę o połowę maneli mniej - i tak jest zawsze...
To nic przynajmniej się rozgrzejemy, brat jak zwykle marudzi: ciężko, plecak niewygodny... i jak zwykle ociąga się z tyłu. To nic, już niedaleko, ale rzeczywiście ciężko się idzie po wąskiej, korzenistej dróżce, tuż po deszczu.
Ten spacerek sam w sobie jest bardzo ciekawy, woda na tyle blisko ścieżki, że upadek skończyłby się kąpielą, za to po lewej drzewa i chaszcze, a chwilami jest stromo.
      No dobra teraz tylko porozwijać manele, wędki, podnęcić i łapać. Dobrze jest.
Wiatr silny, deszcz od czasu do czasu, ale płotkom to nie przeszkadza. Nam też, ubrani na cebulkę, pod ceratową peleryną , nie jest źle...
Mży co i raz, a przez mgłę nie widać nawet zarysów lasu, który jest ze sto metrów od drugiego brzegu. Myślę, że tak będzie cały dzień - wystarczy spojrzeć do góry. Gęste, czarno- niebieskie, jakieś "pokrzywione" chmury pędzą chyba jeszcze szybciej od wiatru.
Zaglądam do siatki, jest tam ze dwadzieścia płotek, ale tylko siedem na tyle małych, że nadających się na żywca. Trochę mało by wypuścić się na dalszą wędrówkę z żywcówką, tym bardziej, że jest jeszcze kupa zielska i większość żywców popłynie wolno, no może tylko z szerszym pyskiem. Cóż, trzeba im się było "urodzić" np. karpiem - ale wtedy płotka zamiast na stalowym przyponie, pływałaby w świątecznej galarecie.
Ale nęcą mnie szczupaki. Zawsze to nie biała drobnica, trochę powalczy, a oczekiwaniem na zacięcie więcej nerwów napsuje niż żona marudząca o jakąś tam kieckę...
No, więc przekładam płotki do wiaderka i idę,jeszcze tylko asekuracja:
-     Bartek, jak będę krzyczał, to znaczy, że masz rzucać wszystko i biec do mnie z podbierakiem.
Uzyskałem słowne potwierdzenie i idę, wiadro w lewej, wędka w prawej, zapasowe przypony i haczyki w kieszeni. Nie odchodzę daleko, nie ma takiej potrzeby, co kilka kroków są głębokie oczka, ciemne dołki w pobliżu krzaczków, tak, więc mam gdzie kąpać żywce. A co do tych moich żywców to są one dość ciekawe. O wszystkie dbam tak samo, a każdy pływa inaczej; jedna płoteczka szaleje z moim, całkiem lekkim, spławikiem przytapiając go, co i raz, a druga ,nawet większa, po trzydziestu sekundach szaleństw - przekręca się, pokazując swój biały brzuch. No i jak taki nieruchomy kawał mięsa ma skusić "mojego" zębacza? Radzę sobie jednak i z tym - lekko podciągam i popuszczam zestaw.Sprawia to, że płoteczka przekręca się na boki, nurkuje puszczając błyszczące refleksy, które mam nadzieję zobaczy także szczupak.
      Ciężko się łowi w przy takiej pogodzie, wiatr i fala wganiają spławik w zaczepy, a chcąc się schować przed wzrokiem szczupaka trzeba kucać za byle krzaczkiem, a trawa mokra, moje "siedzenie" -też... Jednak jest to ciekawe, lawirowanie wędką wśród krzaków, trzcin i innych wodnych, czy też podwodnych "atrakcji"- szukając jednocześnie naszego cętkowanego przyjaciela.
      Znikł spławik(!); ale ja to lubię, pływa, pływa, aż tu nagle łup i go nie ma. Tyle, że tym razem tego "łup" nie widziałem, właśnie się schyliłem by położyć wędkę i ogrzać w kieszeniach ręce; za to poczułem te branko i to tak, że mało mi nie wyrwało wędki z ręki. Ledwo zdążyłem otworzyć kabłąk i popuścić żyłki!
Widzę mój spławik jak szarpany przez szczupaka (chyba) przesuwa się ze dwa metry w stronę środka rzeczki; fajnie, jest to dla mnie informacja, że może być większa sztuka - maluchy zawsze wpływają w brzeg. Większe oddalają się od brzegu by połknąć trzepoczący się w pysku posiłek. Dobrze, że się nie ukuł, na takie szarpnięcie? Dobra, teraz trzeba podjąć męską decyzję- kiedy zaciąć. Już chyba czas, spławik dość długo stoi w tym samym miejscu tuż pod powierzchnią wody, niestety w otoczeniu szczerniałych wodorostów.
Zwijam lekko żyłkę do pierwszego oporu. Tnę! - Szybka decyzja,poparta mocnym zacięciem. Uff, czuję opór, a więc hak siedzi gdzieś tam w pysku. Teraz tylko spokój.
-     Barteek, podbierak!
Szybko przybiegł, ale mój nastrój uległ pogorszeniu - szczupak, chytra bestia owinął żyłkę wokół wodorostów, teraz ja ciągam zielicha w jedną stronę, on w drugą.
Co robić(?), żyłka aż gra, tak napięta, a zielsko ani myśli popuścić. Jest owinięta chyba ze trzy razy; puszczam wędkę luźno - efekt zielsko przekręca się w stronę otwartej wody, ale szczupak jest zbyt słaby by przerwać żyłkę,a zielsko działa jak wyrafinowany amortyzator,sprężynuje każde jego mocniejsze szarpnięcie. Widzę go, nie jest mały, ale więcej niż półtory kilograma raczej nie ma... Co z tego i tak nie dam rady go wyciągnąć, zawiązał chyba solidny węzeł na tym zielsku, zrezygnowany położyłem wędkę z otwartym kabłąkiem na brzegu i myślę, co robić?. Wymyśliłem:
-    Bartek, nie wszedłbyś do wody, nie jest głęboko, zgarnąłbyś go podbierakiem?
-    Chyba głupi jesteś w taką zimnicę, w takie zielsko? Zresztą to twój szczupak.
Nie musiał odpowiadać, odpowiedź znałem, ale nadzieję na wykorzystanie "młodszego" warto mieć.
     Szybka decyzja, wolniejsze działanie spowodowane ilością ciuchów. Już się rozebrałem, na sobie tylko gablotki i koszula - ale zimno; wchodzę. Temperaturę wody czuję w kościach, tysiące szpilek kłuje moje nogi od środka. Już po kolana, a do szczupaka nie dosięgam podbierakiem. Jeszcze krok, pół i rybka w moim zasięgu. Zagarniam szczupaka podbierakiem, ale jest tak mocno "przywiązany" do zielska, że gną się ramiona podbieraka a ono nie puszcza. Wyczyniam niesamowite akrobacje z podbierakiem, to nie takie proste zagarnąć całkiem dużą rybę, zaczepioną do krzaka i tak manipulować podbierakiem, by zdobycz nie wypadła a odhaczyła się od roślin; o swojej równowadze nawet nie wspominam.
Nic z tego muszę dać jeszcze kroka, teraz jedną ręką trzymam podbierak a drugą całą kiść zielska. Z trudem, ale je wyrwałem. Teraz powolutku do brzegu, znów czuję jak jest zimno.
Na brzegu dzieje się ze mną coś dziwnego, jest mi ciepło w nogi, czuję jakbym miał w nich małe grzejniczki. Teraz dostrzegam, że jestem mokry do pępka. Szybko się wycieram, ściągam mokrą koszulę, zakładam zdjęte przed chwilą ciuchy i patrzę na moją zdobycz. Niezła sztuka, zaraz ją zważymy. Odhaczam szczupaka, ale był zacięty, ostrze mojego sporego, ale pojedynczego haka przechodzi przez większość zębatych kości dolnej szczęki; nie mógł się spiąć... Mam problemy, mimo dużej pęsety i wcześniejszego uśmiercenia rybki (przykra czynność - ale konieczna)- z wyjęciem haka.
Waga wskazuje 1 kg, dziwne, bo długość i grubość szczupaka sugerowała nam, że ma dużo więcej, podejrzewaliśmy go, o co najmniej pół kg. więcej. Jak się później okazało, miał zupełnie puste trzewia, musiał z tydzień nic nie jeść; pewnie, dlatego tak gwałtownie mi wziął.
     Powoli doszedłem do siebie -i z temperaturą ciała i z wrażeniami. Bartek próbuje(zazdrośnik!) skusić kuzyna mojego szczupaka na spinningową gumę, bezskutecznie, a ja idę dalej. Czuję w kościach (już nie "szpilki", ani "grzejniczki"),że dziś jeszcze złowię zębala na którąś z moich płoteczek. Tym razem poszedłem w przeciwną stronę, w lewo, i troszkę dalej. Nawet musiałem "dalej" tyle po tej stronie było trzciny, często wysokiej na ponad dwa metry. Żeby nie peleryna byłbym calusieńki mokry, chwilami czułem się jakby w dżungli. Ale warto było iść. Tym razem wziął mi bardzo blisko brzegu dosłownie metr ode mnie. Ale po kolei.
     Rzuciłem żywca pod prąd, dość daleko, tak by spływając przepłynął pod jak największą ilością trzcinowych nawisów. Zrobiłem tak jeszcze ze dwa razy. Odłożyłem na chwilę wędkę, zrobiłem to co natura mi kazała i chciałem przerzucić płoteczkę, bo prąd zgonił ją pod sam brzeg. I wtedy stało się coś, co mnie dosłownie przestraszyło. Gdy wyciągałem zestaw, w chwili, gdy w wodzie a i to częściowo, został już tylko żywiec - zaatakował szczupak. Szarpnął mi wędką, nie trafił w żywca; chyba źle wymierzył. Prawie cały- jak pstrąg- wyskoczył z wody. Tak plusnął, że krople wody znalazły się na mojej twarzy, ale mnie wystraszył! Nie czas było jednak zastanawiać się, szybko zarzuciłem w te same miejsce z nadzieją, że rzuci się na moją rybkę raz jeszcze.
Spory był, no może nie taki jak poprzedni, ale na pewno te okolice, tyle, że coś mu odeszła ochota na przekąskę - spławik stoi nieruchomo, płotka też. A może go sprowokować? Podciągam żyłkę, tym razem powolutku i z uwagą, coś się stało!
Spławik mocno drgnął, oczka rozeszły się po wodzie i spokój, przestałem podciągać i czekam, zastanawiam się, co się dzieje pod wodą - czy tylko jakaś ryba stuknęła w mojego martwego już przecież żywca, czy to była próba brania, czy też może branie trwa nadal?
Na szczęście, to te ostatnie przypuszczenie się sprawdziło, spławik po minucie "nieruchomości" zanurzył się pod wodę i przesunął się troszkę w bok, czyli szczupak wziął. Myślę, że już zdążył połknąć żywca.
     Zacinam! Fajnie, znów mi się udało wyczuć moment, gdy zębal ma już rybę całą w pysku. Ostro walczy, lecz nie jest raczej zbyt wielki, na wszelki wypadek popuszczam hamulec, niech sobie popływa troszkę dalej od brzegu,niech się zmęczy... Przypomniałem sobie, że nie mam podbieraka ze sobą, a Bartek jest za daleko- nie usłyszy mnie. Cholera, ręką też go nie podbiorę, za wysoka skarpa. Przy tej wielkości ryby zostaje mi jedno wyjście- upewnić się czy szczupak jest odpowiednio zacięty i zrobić to, czego bardzo nie lubię. Po prostu wyszarpnąć go na brzeg, żyłka wytrzyma, w końcu ma te kilkanaście kilogramów wytrzymałości, ale czy wytrzyma kruchy pysk? Dobra, trzeba działać, dokręcam hamulec, szczupak w wodzie pod nogami i... lekcja latania. Lądowanie kończy się w gęstych trzcinach za moimi plecami. Udało się. Z trudem odnalazłem rybkę w dżungli trzcin, po żyłce nie dało rady - szczupak odpiął się w locie i poleciał dobre kilka metrów od ścieżki w gęstwinę trzcin. No jest, spory, ale kilograma na pewno nie ma. Już martwego wkładam do wiaderka i idę dalej, kto wie może, to nie koniec dobrej passy?
     Następne oczka nie potwierdzają przypuszczenia, tyle, że w wiaderku szczupak pływa już tylko w towarzystwie jednej płotki. Czas więc zawracać, tym bardziej, że deszcz ma coraz to częstsze "napady" wściekłości i siecze ostro. A może by tak rzucić jeszcze raz w szczęśliwe oczko, gdzie tak skakała za płotką zawartość mojego wiaderka? Daleki rzut pod prąd i, aż nie do wiary, spławik nie zdążył ustać a już branie! Dosłownie wziął w chwili, gdy żywiec zanurzył się pod wodę. Szczupak pociągnął go z prądem tak szybko, że zanim zdążyłem skręcić żyłkę, spławik był już naprzeciwko mnie. Szczupak nieświadomie ułatwił mi obserwację brania. Podejrzewam go o spory rozmiar, dlaczego? - bo wpłynął w głęboki dołek i spokojnie, bez zbytnich szaleństw zaspokaja swój głód, nie jak te śledzie, co to mało na brzeg nie wyjdą po braniu.
Spławik niespokojnie podryguje tuż pod lustrem wody, znak, że szczupak na serio wziął się za połykanie płotki. Jeszcze chwilka, czekanie, kiedy spławik się uspokoi i w nos! Ale numer, zaciąłem mocno,aż tak mocno, że mój spodziewany olbrzym wyskoczył nad wodę. Okazał się takim maluchem, że jego hol ograniczył się dosłownie do zacięcia i paru sekund zwijania żyłki, a wziął tak ładnie... Niestety,na domiar złego zdążył połknąć żywca tak głęboko, że nie było sensu go wypuszczać, naruszyłem mu i skrzela i wnętrzności. Na szczęście trzymał wymiar i do wiaderka trafił z moim czystym sumieniem. Czas wracać, jest mi już zimnawo, ryb mi więcej nie trzeba; jestem bardzo zadowolony ze swojego połowu, no może rybki mogłyby być ciut większe, ale nie ma co narzekać. Jak na taką pogodę to i tak dziwne, że w ogóle coś brało.
     Brat ładnie nałapał płotek, niedużo sztuk, ale za to sporawe, ma w sumie, jak pokazała waga, 1,8 kg. Moje ostatnie dwa szczupaki ważyły: mniejszy 0,5kg, a ten większy 0,8 kg. Całkiem nieźle, jak na może już ostatni jesienny wypad. Bartek cieszy się trochę mniej - chciał koniecznie coś złowić na spinning, choćby okonia, ale mu się nie udało.
Mnie ciekawi jeszcze jedna sprawa,czy swojej zabawy w morsa nie przypłacę jakąś chorobą,bo przemarzłem w wodzie solidnie. Teraz mozolny powrót wąską ścieżką przez mokre krzaki, tłukące przy byle okazji po twarzy, godzina jazdy i cieplutki domek.
      Jednak warto czasem na przekór zdrowemu rozsądkowi,pogodzie i porze roku wybrać się na ryby. Rybki potrafią odwdzięczyć się za wizytę nad wodą w tak nietypowy czas.

10 lutego 2000


ps.dopisane 15 kwietnia 2004- Wyprawy żadną chorobą nie przypłaciłem. Ostatni, najmniejszy szczupak został zjedzony przez kota z takiej oto przyczyny. W pysku, na kościach dolnej szczęki miał narośl - nowotwór. Co dziwne w bardzo nietypowym kształcie - zbliżonym do prostopadłościanu. Lekarz którego spytałem czy nadaje się do jedzenia powiedział, że owszem. Ale na pytanie czy on (właściwie ona) by go zjadła - padło "NIE" - więc kot miał wyżerkę:)
Strona główna